Nasze początki z dwujęzycznością czyli „osipam” i „tosiemon”

Decyzja o tym, żeby tak po prostu zacząć mówić do swojego dziecka w obcym języku jest niezwykle trudna. W praktyce wygląda to tak, że z dnia na dzień przestajemy do niego mówić w naszym ojczystym języku. To serio jest ciężkie emocjonalnie. Ja od początku chciałam stosować metodę One person one language, o której pisałam tutaj. Decydując się na dwujęzyczność zamierzoną, wiedziałam, że będę dla swoich dzieci jedynym nośnikiem angielskiego (nie licząc Świnki Peppy), musiałam zdecydować się więc na radykalne podejście – tylko angielski, zero polskiego.

Trudne początki

Przez pierwsze miesiące życia mojego synka, zwracałam się do niego głównie po polsku. To było moje pierwsze dziecko i sam fakt posiadania dziecka był dla mnie wystarczająco abstrakcyjny. Początki naszej komunikacji, a właściwie mojej, odbywały się po polsku. Przy czym nie były to jeszcze jakieś większe monologi, a bardziej pojedyncze słowa, dużo zdrobnień, jakieś podśpiewywanie, jak to z niemowlakiem. I fakt, że na tym etapie ciężko było mi nawet pomyśleć o tym, że miałabym mówić do niego po angielsku. Teksty w stylu „my darling”, „cutie” czy klasyczno-sztampowe „I love you” wydawały mi się dramatycznie nienaturalne, aż śmieszne. I jakoś nie mogło mi to przejść przez usta.

Tą magiczną granicą, kiedy się przemogłam, był skończony pierwszy rok życia Ignacego. To był etap pierwszego zauważalnego rozwoju mowy, później, około 1,5 roku pojawiły się pierwsze proste słowa i stwierdziłam, że teraz albo nigdy. Przeszłam w zupełności na angielski. Z jednej strony nie ma czegoś takiego jak „za wcześnie” na wprowadzanie języka. Wiem, że nawet noworodki rozróżniają melodię różnych języków. Niektórzy zalecają mówić już do brzucha, w którym siedzi dziecko, żeby się „osłuchiwało”. I wiem też jak kluczowy dla rozwoju jest pierwszy rok życia. Pomimo to, my zaczęliśmy właśnie w okolicach pierwszych urodzin. Teraz, z perspektywy czasu, nie uważam, żebyśmy jakoś „stracili” ten pierwszy rok. Myślę, że to był idealny czas na przejście na język angielski.

Na początek – animals!

Ponieważ była to w życiu mojego dziecka pierwsza faza fascynacji zwierzętami, zaczęliśmy właśnie od tego. Pojawiły się więc dogs, cats, pigs, cows… itp. Mieliśmy trochę książeczek obrazkowych i nasze początki polegały na nazywaniu wszystkiego, co w nich zobaczyliśmy. Małe dzieci mogą do znudzenia oglądać takie książeczki i pokazywać palcem obrazki, „każąc” rodzicowi nazywać przedmiot. Po prawie setnym przejrzeniu naszych książeczek, Ignacy znał wszystkie używane przeze mnie słowa – długo zanim zaczął je wypowiadać. Później jako „sprawdzian”, ja wypowiadałam słowo, a Igi sam pokazywał mi odpowiedniego zwierzaka lub przedmiot. Oczywiście to samo działo się równolegle w języku polskim, np. z tatą czy babcią, z równie dobrymi wynikami. Więcej o książeczkach obrazkowych i metodach pracy z nimi pisałam tutaj.

Osipam i tosiemon

W wieku roku i kilku miesięcy, kiedy Igi zaczął mówić pierwsze słowa, były to właśnie poznane zwierzaki. Właściwie na początku były to próby ich wypowiedzenia, bo przez jakiś czas np. „elephant” był nazywany „osipam”. Mniejsza o dokładność, ja wiedziałam, że jest to świadoma próba powiedzenia słowa „elephant”, które Igi już doskonale znał. Nieco bardziej naukowo ujmując, była to po prostu najbliższa fonetyczna realizacja słowa „elephant” dostępna artykulacyjnie dziecku w tym wieku. Inne przykłady takich prób artykulacji to „bimbim” na „penguin” czy słynne w naszej rodzinie „tosiemon” zamiast „telephone”. Nawiasem mówiąc, sami długi czas mówiliśmy na swoje telefony „tosiemony”, tak nas to ujęło.

Where is your nose?

Poza ukochanymi zwierzakami, na pierwszy ogień poszły też oczywiście kolory i części ciała. To o tyle fajny wybór, że można bawić się z dzieckiem na wiele sposobów wykorzystując poznane słowa. Wszelkie gry w pokazywanie, co jest jakiego koloru, gry na spostrzegawczość, potem łączenie z innymi słowami, np. jaki zwierzak jest jakiego koloru („What colour is the gorilla? Gorilla is black.” – goryl był wówczas ukochanym zwierzakiem!), to ćwiczenie pytań i budowy pierwszych zdań. Z kolei pokazywanie części ciała można fajnie połączyć z ruchem, jak np. słynne „head and shoulders, knees and toes” albo z nazywaniem co jest moje co jest twoje – „Where is your nose?”/ Where is my nose?”. W kwestii rozwojowej to też nauka świadomości własnego ciała, podmiotowości, sprawczości itp. Same korzyści! 🙂

Wraz z coraz lepszym rozwojem mowy, Igi zaczął poprawnie wypowiadać coraz więcej angielskich słów, rozumiał praktycznie wszystko co do niego mówiłam po angielsku i szybko zaczął sam wypowiadać dłuższe zwroty, coraz chętniej po mnie powtarzał, a ja z każdym dniem byłam spokojna o ten językowy eksperyment, którego się podjęłam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *